
Wczoraj przeżywałam nieskończenie piękne w chwile na koncercie Sunset Rubdown - choć nic nie zapowiadało takiej ekstazy. Centrum Sztuki Japońskiej Manggha może się wprawdzie poszczycić dobrym nagłośnieniem (jakże miła to odmiana po tych wszystkich dramatach dźwiękowych w Studio czy Lizard Kingu*), ale atmosfera, jaka powitała nas już w drzwiach, nastrajała raczej do spiesznej ucieczki. Cisza, sterylność, stukot obcasów na posadzce. Mówcie co chcecie, ale jak idę na koncert, to oczekuję dymu, potu, gwaru i poruszenia, bez tych składników czuję się cokolwiek nieswojo.
Supportowali New Century Classics, ja tam się nie znam, nie ma wokalu, to mnie nie jara :] W przerwie spędziliśmy kilka sennych chwil w kawiarni na piętrze, rozprawiając o Japońskim Dniu Dziecka i możliwościach zaśnięcia w jakimś kącie sali koncertowej. Tak, tak żywiołowo właśnie było. Na tym etapie nie spodziewałam się już niczego.
Powrót do sali, bezpieczne zadekowanie się na krześle, ostatnie pogawędki, zespół wszedł na scenę - i w tym momencie zakończył się etap mojej świadomości co do świata rzeczywistego. Nieprawdopodobna energia, boski wokal, cudowne harmonie, pięknie i psychodelicznie oraz Jordan, czy zostaniesz moim mężem?
Dawno (albo jeszcze dawniej) nie poruszył mnie tak żaden koncert, nie czułam wcale potrzeby pchania się w rozentuzjazmowaną do granic publiczność, dobrze było siedzieć, słuchać, zachwycać się z otwartymi ustami. Sunset Rubdown to potęga! Chcę więcej!
*nie ma problemu, po naszych żenujących wyczynach w Lizard Kingu na koncercie CKOD i tak nie planuję się tam zjawiać w najbliższym czasie. Dalszym raczej też chyba nie.
+
+
+
Nie zapomnijcie odwiedzić oraz dodać do ulubionych wspaniałego blogaska ze wspaniałymi komiksami wspaniałego B.Chromrego! www.chromry.blogspot.com
+
Wiosna jest w pytkę, gdyż można siedzieć w słońcu nad Wisłą, pod balonem i zastanawiać się, czemu przejażdżka tym ustrojstwem kosztuje 38 złotych.





