30-04-2009

shut up i'm dreaming of places where lovers have wings.

Świętuję dziś dzień odzyskania swobodnego dostępu do internetu. Wprawdzie to nie jego brak, tylko brak czegokolwiek sensownego do powiedzenia w tematach nawet około-muzycznych odpowiedzialny jest za przestój w dostawie notek, ale niech będzie.



Wczoraj przeżywałam nieskończenie piękne w chwile na koncercie Sunset Rubdown - choć nic nie zapowiadało takiej ekstazy. Centrum Sztuki Japońskiej Manggha może się wprawdzie poszczycić dobrym nagłośnieniem (jakże miła to odmiana po tych wszystkich dramatach dźwiękowych w Studio czy Lizard Kingu*), ale atmosfera, jaka powitała nas już w drzwiach, nastrajała raczej do spiesznej ucieczki. Cisza, sterylność, stukot obcasów na posadzce. Mówcie co chcecie, ale jak idę na koncert, to oczekuję dymu, potu, gwaru i poruszenia, bez tych składników czuję się cokolwiek nieswojo.

Supportowali New Century Classics, ja tam się nie znam, nie ma wokalu, to mnie nie jara :] W przerwie spędziliśmy kilka sennych chwil w kawiarni na piętrze, rozprawiając o Japońskim Dniu Dziecka i możliwościach zaśnięcia w jakimś kącie sali koncertowej. Tak, tak żywiołowo właśnie było. Na tym etapie nie spodziewałam się już niczego.

Powrót do sali, bezpieczne zadekowanie się na krześle, ostatnie pogawędki, zespół wszedł na scenę - i w tym momencie zakończył się etap mojej świadomości co do świata rzeczywistego. Nieprawdopodobna energia, boski wokal, cudowne harmonie, pięknie i psychodelicznie oraz Jordan, czy zostaniesz moim mężem?

Dawno (albo jeszcze dawniej) nie poruszył mnie tak żaden koncert, nie czułam wcale potrzeby pchania się w rozentuzjazmowaną do granic publiczność, dobrze było siedzieć, słuchać, zachwycać się z otwartymi ustami. Sunset Rubdown to potęga! Chcę więcej!

*nie ma problemu, po naszych żenujących wyczynach w Lizard Kingu na koncercie CKOD i tak nie planuję się tam zjawiać w najbliższym czasie. Dalszym raczej też chyba nie.

+
+
+

Nie zapomnijcie odwiedzić oraz dodać do ulubionych wspaniałego blogaska ze wspaniałymi komiksami wspaniałego B.Chromrego! www.chromry.blogspot.com

+
Wiosna jest w pytkę, gdyż można siedzieć w słońcu nad Wisłą, pod balonem i zastanawiać się, czemu przejażdżka tym ustrojstwem kosztuje 38 złotych.

23-03-2009

yeah, fix your hair up!

dsi 23:03:20
w ogole sxsw to jakis raj niezalu jest
karutek 23:03:32
i nigdy nie pada deszcz :]



A jeśli o niezal nad niezalami chodzi, to ostatnio niezdrowo zachwycam się kapelką o nazwie The Robot Ate Me, ze szczególną atencją dla ich dwupłytowego wydawnictwa z roku 2004 - On Vacation. Zjedzony przez robota mózg i serce projektu, czyli Rynard Bouchard, pochodzi z Portland, co dla poniektórych stanowi już wystarczającą rekomendację. Resztę powinien przekonać fakt, iż potrafi nagrać skoczny, swingujący kawałek naznaczony klimatem lat 20. z tekstem traktującym o ludobójstwie (The Genocide Ball - do odsłuchania na moim spejsie. Płyta może trochę nierówna, ale jaram się jej subtelnością, wycofaniem i takimi zapierającymi dech momentami, jak np. utwór Oh No! Oh My! Jedyne, co mogę The Robot Ate Me zarzucić, to to, że zakończyli już swoją działalność. Ale może kryzys ich przyciśnie i postanowią jeszcze coś wytworzyć, z pożytkiem dla ludzkości.

Siemień wieści koniec shoegaze'u na ten rok i klimaty letnio - wiosenne, u mnie nadal playlista schodzi w stronę obskurnego lo-fi, ale kiedy zaświeci słońce, stawiam na guilty pleasures, czyli soczysty bluegrass, alt-country oraz country wcale nie 'alt'. Kocham last.fm najbardziej na całym świecie, bo dzięki niemu w przeciągu kilku sekund można wyszukać dla siebie np. takie wesolutkie, amerykańskie wiejskie granie, jak The Reverend Peyton's Big Damn Band. Kowbojska dusza płonie.


Z innych rzeczy, oto nasze plany na przyszłą sobotę:


Podziemia dawnego hotelu Forum, sceneria apokaliptyczna, fight club i obcy - ósmy pasażer Nostromo. Szykuje się pokaźny hardkor i zabawa do spodu, bez ograniczeń i śladów rozsądku. Wszelkie szczegóły na zaprzyjaźnionym blogasku 2a/7. Tego samego dnia jest wprawdzie koncert CKOD, ale to nie są rzeczy nie do pogodzenia. Kto czuje się na siłach i nie lęka się imprez totalnych w nieokiełznanym i nieokrzesanym towarzystwie, niechaj szuka już odpowiedniego odzienia wierzchniego i widzimy się w sobotę!

hey bobby malone, it's good to have you home!

Coś czuję, że te wakacje przyniosą muzyczne przeżycia tak orgiastyczne, że przez następny rok będziemy nucić sobie, że nigdy nie będzie takiego lata, nigdy papieros nie będzie tak smaczny, a wódka taka zimna i pożywna. Ledwo bowiem udało mi się odzyskać równowagę ducha i ze względnym spokojem podchodzić do niebiańskiej wizji Kings of Leon na Open'erze, a tu kolejny nieprawdopodobny cios w przeponę: Casiotone for the Painfully Alone na Offie!!!



Każdy, kto posiada jakiś zespół, który kocha głęboko i namiętnie, lecz jest w tej miłości osamotniony i pozbawiony nadziei na ujrzenie swoich milusińskich na żywo, gdziekolwiek i kiedykolwiek, a potem staje nagle przed kompletnie zaskakującą możliwością pójścia na ten wyśniony, mityczny koncert, wie, co to za obezwładniająco piękne uczucie. Łzy napływają do ocząt, serce wali, ręce się trzęsą.

Dziś przeżywam to ja, przedwczoraj doznawał Siemień, gdy odkryliśmy, że na Offie nie zabraknie też Jeremy'ego Jaya. Krąży też plotka o HEALTH. Rojek dostanie od nas bombonierkę i bukiet goździków.

(Drodzy organizatorzy festiwali, mam jeszcze co najmniej dwie kapele z kategorii Kocham Beznadziejnie i Nawet Nie Liczę na Koncert w Polsce - Los Campesinos! i Titus Andronicus. Jeśli i oni zawitają w tym roku do naszej pięknej ojczyzny, prawdopodobnie czeka mnie śmierć z nadmiaru emocji/szczęścia. Jestem na nią przygotowana. :])

23-02-2009

the days after no future.

Łikend był wycieńczający, do dziś nie doszłam do siebie, muzyka mnie zasadniczo drażni, a już szczególnie grzebanie w poszukiwaniu wiekopomnych odkryć i zespołów grających na instrumentach takich jak tapeta i gorczyca jest chwilowo poza moim zasięgiem.

Co nowego i co w planach?

Jutro
, czyli we wtorek 24.02. Ostatki/śledziówa w KAKADU! Gram, tym razem bez mojej didżejskiej drugiej połówki, czyli syjamskiego brata bliźniaka Siemienia. Tak, ja też rozpaczam, że w mrocznych zakamarkach lokalu przy ulicy Wielopole 11 będę musiała bawić gawiedź sama, bez mego wiernego towarzysza, ale zamierzam pocieszać się na wszystkie możliwe sposoby. Wpadajcie!

Photobucket

W czwartek koncert ulubieńca milionów, czyli tego pana, którego obecność jest nieodzowna na każdym naszym jutjub party za sprawą chociażby Ballady o Łukaszu Podolskim (co to nigdy nie będzie Polakiem, wiadomo).




6.03. odbywa się oficjalny bifor przed oficjalnym otwarciem KAKADU (ok, ja też nie rozumiem kolejności wydarzeń w tym klubie), podczas którego zagram z... dj Scandalem! Możecie się zatem spodziewać jakichś potężnych hardkorów charakteru wszelakiego, don't miss it.

Photobucket

Gdzieś tam w odległej przyszłości majaczy koncert Syntetica (ok, nie wierzę, że będę musiała zapłacić 10zł za obejrzenie psychola, który mieszka 200 metrów od mojego domu rodzinnego, a jego piosenek i kabaretów słuchaliśmy w początkach liceum z ręcznie przez niego opisanych kaset) oraz podkielecki Bal Pełni Księżyca, ale to już w ogóle kosmos i znaczne oddalenie czasoprzestrzenne.


To chyba tyle na dziś. Chciałam jeszcze napisać, że nie ma lepszej rozrywki, niż słuchanie od 5. do 8. rano wszelkich możliwych piosenek jako podkładu do teledysku Gangsta's Paradise, ale zdaję sobie sprawę, że żadne słowa nie oddadzą zajebistości tegoż, to trzeba było przeżyć.

11-02-2009

3 IN THE MORNING, COMES A BANG-BANG-BANG!

OK, wiem, że się tego spodziewałam. Wiem, że to było dla mnie pewne. JEDNAKOWOŻ, KIEDY DZIŚ U SZYDŁO POLECIAŁY PIERWSZE TAKTY SEX ON FIRE (RZYG PRZY OKAZJI), TO DELIKATNIE MÓWIĄC, UMARŁAM.

LALALALALALLALALALALALLALALALALALALAL!!!!! MAMY KINGS OF LEON NA OPEN'ERZE!

radocha jak jasna cholera, gigantyczny strzał adrenaliny i balon helu w żołądku, latam pod sufitem, oł je!

09-02-2009

i'm beginning to think you prefer beverly hills 90210 to me

Dlaczego pada jakiś śniego-deszcz? Kiedy będzie lato? Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Jakie 10 piosenek nagrałby Siemień dziewczynie, na której mu zależy i chciałby wyjść na wrażliwego i osłuchanego redaktora magazynu muzycznego? Te i inne pytania nurtują mnie dziś podczas słuchania rozrywającego serca, mózgi i wątroby albumu Fight Like Apes and the Mystery of the Golden Medallion. Troszkę moich wypocin w temacie Fight Like Apes w przyszlym numerze PULPa, więc tutaj tylko nadmieniam, że to dobra dobra dobra muzyka, a jeszcze lepsze koncerty. Kto nie wierzy, niech rzuci okiem tutaj.

Wraz z ogłoszeniem pierwszych wykonawców na Open'era, Selectora i CSFa, emocje trochę opadły, już wiemy, czego się mniej więcej spodziewać (odgrzewanych kotletów i przedniej zabawy mimo wszystko), choć w czwartkowe wieczory, gdy natchniony i podniecony jak stado małolatów na koncercie Placebo Ziółkowski ogłasza kolejne hipermegagwiazdy, nie mogę usiedzieć na miejscu i dostaję spazmów, Szczepan świadkiem. Nadal czekam na ogłoszenie KoL, choć już jakoś mniej, bo jestem prawie stuprocentowo przekonana, że się zjawią, hyhy.

Nową płytę wydali nasi ulubieńcy z DATpolitics. A może dopiero wydadzą, tylko do sieci był już wyciek? Nie wiem, natomiast polecam. Jest przebojowa i słodziutka, do tańca i zupełnie nie do różańca.

Nowe EPki Beiruta też zupełnie niczego sobie.


A z innych spraw, to nie wiem, czy jestem upoważniona do spamowania, ale może ktoś się skusi na coś, co jak na razie zapowiada się na tzw. dobry melanż:



Szczegóły na blogu, wpiszcie się na listę gości tamże oraz na eventa na last.fm, następnie zaś odrzućcie samokontrolę, poprawność polityczną i inteligencję emocjonalną wybierając najbardziej żenujące przebrania, jakie urodzą się w waszych główeńkach. Redaktora Siemienia i mnie będzie jutro można spotkać przez cały dzień na tak zwanym mieście, gdyż wybieramy się na lumpowy maraton w intencji tegoż sobotniego wydarzenia kulturalnego. Musisz tam być. To znaczy nie musisz, ale jeśli nie będziesz, obiecujemy tak długo opowiadać, jak było zajebiście, aż wpadniesz w depresję.

Tak. To już koniec kolejnej notki o niczym. Obiecuję w najbliższym czasie wysmażyć jakąś prawdziwą recenzję. Gdyby to kogoś interesowało.


PS. Jak bardzo zajebisty jest Titus Andronicus? Oprócz tego, że niesamowicie zajebisty?

20-01-2009

so far so good

Niniejszym polecam całkiem fajną stronę: FABCHANNEL, gdzie można zobaczyć całe mnóstwo wygrzanych koncertów w dobrej jakości audio, głównie z amsterdamskiego Paradiso. Między innymi udane Bloc Party, MGMT, Midnight Juggernauts, kupę innych, a przede wszystkim PRZESŁODKI koncert Los Campesinos!, podczas którego brygada wyrywa sobie butelki z winem, Gareth ma na sobie taką samą koszulkę XiuXiu, jak ja (haha), a całość kończy wtargnięcie publiki na scenę i generalnie feels like the old B-side. Chciałoby się ich w końcu zobaczyć na żywo, no.

Zimową porą tradycyjnie tęsknimy i łzawimy za latem oraz festiwalami, dyskutujemy o prawdopodobnych/wymarzonych lajnapach i podrzucamy sobie smakowite kąski z jutjuba. Czy jest ktoś, kto nie chciałby zobaczyć tego na żywo?



I tego, musowo!



Ja jeszcze dodatkowo śmieję się i ślinię przy tym video:



Tak, obsesja KoL trwa. Tak, już lubię chłopców z wąsami. Więcej na www.kingsofleon.com/homemovies.


PS Ronnie O'Sullivan wygrał turniej Masters, 2009 jest naprawdę ok :]


A Ty, drogi czytelniku, o jakich gwiazdach na tegorocznym Open'erze/Offie śnisz i marzysz?